Siem Reap - Bangkok - Ko Tao Express

Czesc, troche czasu minelo od ostatniego posta, ale czas mielismydosyc intensywny. Dotarlismy juz na Ko Tao - ostatecznie to na ta wyspe sie zdecydowalismy. Jednak transport z Siem Reap (czyli miejscowosci niedaleko slynnego Angkor Wat) do Ko Tao (a glownie Bangkoku) obfitowal w emocje :).

Plan byl dosyc prosty - wyjezdzamy z Siem Reap o 8.00 rano, o 16.30 najpozniej o 17.00 docieramy w Bangkoku, kupujemy laczony bilet na autobus i prom plynacy na Ko Tao i o 21.00 wybywamy z Bangkoku by na miejsce dotrzec o 8.30 rano. Sympatyczny Pan z agencji turystycznej w Siem Reap zapewnial nas, ze "you don't have to worry about anything, this is big bus and no scam". Gdy o 15.00 caly czas bylismy jeszcze na granicy tajsko-kambodzanskiej zaczelismy sie niepokoic. Ostatecznie do Bangkoku dotarlismy o 19.30. Dalo nam to cale pol godziny (bilety sprzedaja do 20.00 bo o 21.00 startuje autobus) na: wymiane dolcow na baty, znalezienie agencji sprzedajacej bilety na Ko Tao oraz zjedzenie kolacji. Zmiescilismy sie w 20 minutach, a pozostale dziesiec przeznaczylismy na zarezerwowanie noclegow na Ko Tao.
Ciekawe czy usmiech Pani w agencji turystycznej w Bangkoku gdy dowiedziala ze wlasnie przyjechalismy z Kambodzy oznaczal szacunek dla naszego optymizmu czy lekkomyslnosci ;).
Jesli ktos kiedys bedzie probowal powtorzyc ten schemat, to nasza rada jest nastepujaca - nie kupujcie biletu autobusowego Siem Reap-Bangkok, transport jest jedna wielka prowizorka, a opoznienie minimum 3 godziny jest wpisane w system (z czego zdalismy sobie sprawe gdy juz bylo za pozno na zmiany). Lepiej zastosowac nastepujacy wariant: taxi do granicy w Poipet, i za granica tuktuk na dworzec autobusowy lub kolejowy i stamtad do Bangkoku. Choc wtedy nie da sie tego zalatwic za 7 dolarow od osoby (to jedyny plus tego transportu).
Za to transport Bangkok - Ko Tao realizowany przez firme Lomprayah (autobus + katamaran) byl rewelacyjny. A "poczekalnia"  na przystani w Chumporn (na prom czekalismy dwie godziny) wyposazona w lezaczki ustawione tuz przy plazy byla swietnym poczatkiem dnia (wschod slonca w pakiecie :) ).

O Angkor byc moze uda nam sie napisac osobnego posta bo trudno w kilku zdaniach zawrzec wrazenia dotyczace tak monumentalnego kompleksu. Napisze tylko ze powtorzylismy "manewr baganski" czyli jednego dnia pozyczylismy sobie rowerki, a drugiego skorzystalismy z tuk tuka. Tym, ktorzy twierdza ze na trasie Siem Reap - Angkor nie da sie pobladzic, mowimy ze znamy przynajmniej trzech polakow ktorym to sie udalo :).

Ponizej kilka fotek z Angkor oraz Ko Tao, uwiecznilismy rowniez wschod slonca widziany z "poczekalni" na przystani promowej w Chumporn. Wykazujac sie wielka empatia, wybralem bardzo pogladowe fotki z wysypy. Mam nadzieje ze wygladajac za okno w Polsce nie poczujecie do nas glebokiej nienawisci. Pamietajcie ze juz za tydzien do was dolaczymy :).

Trzymajcie sie


                       

Dynia w kapieli kokosowej

Juz w Siem Reap. Sympatycznie bardzo, udalo sie nawet znalezc miejsce
pozbawione turystow z bangkoku ;). Na fotce dzisiejszy deser, troche
sobie dogodzilismy :).

Pozdrawiamy

Phnom Penh - Bangkok dla zaawansowanych

Phnom Penh, 30 lat po upadku czerwonych Khmerow, wjezdzamy do miasta ktore na pierwszy rzut oka wyglada jak kolejna azjatycka stolica. Drugi i trzeci rzut oka nie zmienia specjalnie wrazenia. Pelno nowych Toyot i terenowych Lexusow (czy pan Toyoda sprzedaje je tutaj po podobnych stawkach co w Europie?). Phnom Penh to taki Bangkok dla troche bardziej zaawansowanych, turystow jakby mniej ale prawie caly czas sa w zasiegu wzroku. Pewnie gdybysmy przybyli do stolicy Kambodzy bezposrednio z Bangkoku to wrazenia byliby inne, ale po Birmie odczuwamy pewne zmeczeni wszechobencymi nawolywaniami - Tuk Tuk Sir?, Girls Sir?, What are you looking for Sir?

Nocka w Last Home Guesthouse, pokoj co prawda z oknem na korytarz, ale za to klima dziala poprawnie (wierzcie nam w Phnom Penh nie chcecie oszczedzac na pokoju bez klimy). Pradu nie bylo tylko przez godzinke rano. Po Yangon prawie nie zauwazamy tego detalu.

Krotki spacer po miescie, ktos nam mowil ze Phnom Penh jest taniutkie, niestety troche sie to zmienia. Oczywiscie w porownaniu z Polska, kolacja za 20 zeta wydaje sie bajecznie tania (Chicken Amok +  deser + kilka napojow regenerujacych), ale w Yangon, mielismy wielki talerz pysznego Fried Rice Chicken Thai Style za jedyne 4,5 zeta (napoje regenerujace w takiej samej cenie). No coz wyglada na to ze na tym odcinku specjalnie nie przyoszczedzimy. Pytanie do publicznosci - jakie sa prowizje za wyplate w bankomatach za granica (mBank i WBK)?
j czerwonych 
Na ulicy otaczaja nas dzieci ktore koniecznie chca nam sprzedac ksiazki. Ich wiedza o literaturze dotyczacej Khmerow jest niesamowita :), podobnie jak znajomosc angielskiego - jesli ktos szuka przedstawicieli handlowych to moze warto sprobowac rekrutacji tutaj :). Zachecaja ceny przewodnikow - LP po Tajlandii 10$ zamiast 27$, Kambodza 6$, pozostale pozycje tez w niezlych cenach. Robimy zakupy, po glebszym poznaniu okazuje sie ze ksiazki sa podrobami (calkiem zreszta niezlymi). Ten przemysl jest tutaj niesamowice rozwiniety, na straganach i w ksiegarniach najnowsze bestsellery z listy New York Timesa, schodza za 10% ceny wyjsciowej. Podobnie wyglada sprawa z filmami i muzyka - cala filmografia Hitchcocka za 10$, prosze bardzo, prosto z chinskiej fabryki.

Jutro rano wyjezdzamy do Siem Reap, ciekawe jakie wrazenie sprawi Angkor Wat po Bagan (wedlug LP w jawdropping index moga ze soba smialo konkurowac, zobaczymy).

Ponizej troche fotek (autorstwa mieszanego mojego i Radka) w zestawie mieszanym - Inle Lake, Killing Fields, Tuol Slang i po prostu Phnom Penh. Moze takie wymieszanie jest nie na miejscu - ale to wynik wylacznie koniecznosci techniczej. Ogladajcie komentujcie i odzywajcie sie do nas :)

                                   
Click here to download:
Phnom_Penh_-_Bangkok_dla_zaawa.zip (2282 KB)

Tuol Sleng czyli Kambodzanski Oswiecim

Pierwszy pelny dzien w stolicy Kambodzy, Phnom Penh uplynal nam niezwykle pouczajaco, a z politologicznego punktu widzenia niemal pasjonujaco. Niestety, zarazem mocno przygnebiajaco. Odwiedzilismy bowiem miejsca kazni po jednym z najstraszniejszych rezimow totalitarnych XX wieku, czyli wladzy Czerwonych Khmerow, ktorzy panowali w Kambodzy w latach 1975-styczen 1979. Najpierw troche historii.

Kambodza, ktora byla jednym z bogatszych krajow Azji Poludniowo-Wschodniej, po uzyskaniu niepodleglosci w 1954 roku, zostala uwiklana w konflikt wietnamski. Z jednej strony komunisci mieli tam swoje bazy, z drugiej - Amerykanie ostrzeliwali szlaki przerzutowe komunistow. W koncu, w 1970 roku doszlo do prawicowego zamachu stanu generala Lon Nola, ktory byl sponsorowany przez milujace demokracje USA. W rezultacie, kraj pograzyl sie w chaosie, a coraz wieksza popularnosc zdobywali wlasnie komunistyczni bojownicy, ktorzy nazwali sie Czerwonymi Khmerami. Niektorzy z nich ksztalcili sie we Francji, skad przywiezli skrajnie maostowskie poglady. Nieprawda jest jednak, czesto popularyzowany fakt, ze lider bojownikow, pozniejszy Brat Numer 1, Pol Pot, byl jakos szczegolnie ksztalcony. Studiowal wprawdzie na Sorbonie, ale tylko przez chwile. Od poczatku interesowala go bowiem dzialalnosc polityczna.

Celem programu Czerwonych Khmerow byla chec uczynienia z kraju totalnej autarkii. Chodzilo o calkowite oderwanie sie od swiata i zafundowanie spoleczenstwu rozwoju w oparciu wylacznie o wlasne sily rozwojowe. Ostatecznie, komunisci przejeli wladze w kwietniu 1975 roku. Wkrotce potem dokonali niesamowitej transformacji na niespotykana wczesniej, nawet w swiecie komunistycznym, skali. Zlikwidowali rynek, pieniadze, religie, burzyli zabytki, czyscili kraj z mniejszosci etnicznych. Wszystko mialo byc podporzadkowane Organizacji, czyli kolektywowi partii, lacznie z rodzina, a nawet seksem.

Ostatecznie, w styczniu 1979, do Kambodzy weszly wojska wietnamskie i zainstalowaly powolny sobie rzad. Czerwoni Khmerzy wrocili do dzungli. Wiekszosc z nich nie zostala nigdy osadzona. Spolecznosc miedzynarodowa rowniez umyla rece. Zawiazala sie nawet egzotyczna koalicja komunistycznych Chin, ktore wspieraly Khmerow oraz USA, ktore wspieraly Chiny wbrew Wietnamowi, ktory trzymal z ZSRR. Troche to zawile, ale w tych zawilosciach niestety kompletnie nie liczyl sie czynnik ludzki. W rezultacie wymordowane w przeciagu 3,5 roku przynajmniej 1/3 mieszkancow Kambodzy. Ci na kazdym miejscu podkreslaja, ze niemal kazda rodzina ucierpiala na dyktaturze. Albo dzieci przylaczaly sie do odzialow, albo mordowano ludzi na slynnych Polach Smierci, albo juz pozniej ludzie ulegali okaleczeniom na wskutek pozostalych po wojnie min przeciwpiechotnych. Sporo takich kalek chodzi ulicami Phnom Penh i prosi o jakiekolwiek wsparcie.

Podczas naszego zwiedzania bylismy w slynnej katowni Czerwonych Khmerow,Tuol Sleng (a konkretnie wiezieniu pod kryptonimem S-21), gdzie przetrzymywano i torturowano wiezniow. To dawne liceum okazalo sie symbolem rzezi Czerwonych Khmerow. Do dzisiaj sa tam prycze wiezienne, malutkie cele oraz narzedzia tortur (noze, imadla, oprzyrzadowania do wyrywania paznokci itp.). Liczne zdjecia w rozmaitych salkach, ktore zapewne malo sie zmienily, tak bardzo sa betonowo surowe, mieszcza chociazby ekzpozycje zdjec. Sa na nich zarowno ofiary, jak i kaci. Co ciekawe, jedni drudzy, jak to zwykle bywa, byli zwyklymi ludzmi. Z sasiedztwa. Kambodza przyjela generalnie polityke przbaczenia i amnestii, stad dawni oprawcy i ich ofiary czesto zyja obok siebie. Ale takie memorialy, jak Tuol Sleng oraz instytucje, ktore zbieraja dane o okrucienstwach Czerwonych Khmerow, maja dowodzic, ze chodzi o przebaczenie i nowa integracje, ale oparta na prawdzie i wyznaniu grzechow. Doznania ze zwiedzania byly tak silne, ze przechodzac przez kolejne cele naglezobaczylismy, jak jedna z kobiet nie wytrzymala i wyszla z placzem. Do tego stopnia nie mogla sie otrzasnac.

W Tuol Sleng przetrzymywano wiezniow, glownie pochodzenia inteligenckiego, ale i dawnych dygnitarzy rzadu Lon Nola, a potem takze przedstawicieli Czerwonych Khmerow, ktorzy dostali sie tam w wyniku czystek wewnatrzpartyjnych. Pretekstem do zamkniecia moglo byc chocby noszenie okularow. W nowym panstwie preferowani byli bowiem chlopi. Niektorzy by ominac wiezienie wspinali sie na drzewo, by tylko udowodnic, ze maja sluszne pochodzenie.

W Tuol Sleng obejrzelismy tez film slynnego kambodzanskiego rezysera Rithy'ego Panha, ktory w latach 90. byl nawet nominowany za inny film do Zlotej Palmy. Film opowidal prawdziwa historie rozlaczonej pary, w ktorej ona byla niesluszna spolecznie, a on byl partyjnym dygnitarzem. Ich milosna releacja odtwarzano na podstawie zachowanych listow. Oczywiscie, jak na kraj Orwella przystalo, uczucie to nie moglo doczekac sie happy endu. Oboje zostali zlikwidowani.

Spore wrazenie zrobily na nas takze malunki poszczegolnych tortur. Kilka osob, ktore zaledwie uniknelo likwidacji w Tuol Sleng, przezylo m.in. dzieki talentom plastycznych, czy umiejetnosciom robienia zdjec. Jednak to obrazy sa dzisiaj czesto o wiele bardziej przerazajace niz zdjecia, ktore sa bardziej doslowne. Obrazy, na ktorych widac bylo chociazby mezczyzne, ktoremu szczypcami robiono rane, nastepnie traktowano substancjami zracymi, a obok czekal robak do polozenia, pozwalaly na uruchomienie wyobrazni i poczucie dreszcza przerazenia. Na filmie, ktory obehrzelismy, byla tez przerazajaca scena, w ktorej dawny straznik rozmawial z takim malarzem-wiezniem i potwierdzal dokumentacyjny charakter tych malowidel.

Po ciezkich torturach w S-21 wiezniowe, skrajnie juz wyczerpani, byli odsylani na slynne Pola Smierci (Killing Fields), gdzie masowo mordowano wiezniow. Ta makabryczna aktywnosc przypominala fabryczny tasmociag. Wiezniow mordowano od razu, ale z czasem juz nie nadazono i zostawiano sobie dokonczenie na nastepny dzien. Przynajmniej na poczatku starano sie tez wszystko ksiegowo ewidencjonowac. Szczegolnie brutalnie obchodzono sie z dziecmi, ktore byly rozrywane o drzewa. Czerwoni Khmerzy chcieli w ten sposob zapobiedz pozniejszym zemstom rodzinnym. W calym kraju jest okolo 380 takich Killing Fields. Na tym pod Phnom Penh zamrodowano ok. 16 tys. ludzi. Lacznie w calym kraju, podczas 3,5 rocznych rzadow Czerwonych Khmerow zabito prawie 2 mln ludzi. To na Killing Fiels w Phnom Penh znajduje tez jeden z najslynniejszych memorialow dotyczacych ludobujstwa. Slynny nasyp czaszek. Kto wie, czy nie wieksze wrazenie zrobily jednak zachowane oryginalne ubrania ludzi, ktorych sterte umieszczono pod czaszkami. To slad zycia, ktore skonczylo sie w makabrycznych cierpieniach. Czaszek sporo bylo zreszta takze w Tuol Sleng.


Majac nad soba powiew minionej tragedii i wdychajac niemalze unoszacy sie ciagle odor smierci, nie bylismy nawet w stanie zrobic za duzo zdjec. Kamil niemal nie wyciagnal kamery, filmujac ledwie kilka minut. Pewne wrazenia po prostu zostaja tylko w glowie.

Trzeba zobaczyc, nie mozna zapomniec.

Przemierzajac Inle Lake

Podroz do Nyaunghwe (miasto-baza przy Inle Lake) byla zupelnie nietypowa jak na trampingowa wyprawe po Azji w klasie budget: wczesnym rankiem pod nasz guest house podjechala taksowka, ktora zawiozla nas na pobliskie lokalne lotnisko. Stamtad wspanialymi liniami Air Mandalay udalismy sie w kilkudziesiecio minutowa podroz do... Mandalay (?!), by po krotkim miedzyladowaniu dotrzec do Heho. Na lotnisku czekala na nas pani z tabliczka "Mr. Rybak + 2 persons", ktora zaprowadzila nas do samochodu, ktorym po blisko godzinnej podrozy dotarlismy pod brame naszego guest house'u. Zaiste azjatycki koszmar podrozniczy :) No coz, takie rozwiazanie zaoszczedzilo nam kilkunastogodzinnej jazdy w warunkach, w ktorych moglibysmy sie do konca "nie zmiescic". Aby dopelnic calosci ciezkiego dnia podrozy wyskoczylismy sobie rowerkami na hot springs - godzine jazdy na polnoc od miasta.
 
Nyaungshwe to rowniez przybytek turystow, podrozuja tu ludzie z calego swiata: Europejczycy, Amerykanie, Azjaci. Po raz kolejny zawierzylismy Lonely Planet w kwestii noclegu i w efekcie mielismy najlepszy, najtanszy, najwygodniejszy, etc. guesthouse w calej naszej podrozy po Birmie. Wspomne tylko, ze gdy popoludniu pojawialismy sie w jego okolicach, natychmiast zjawiala sie (chyba) corka szefa i z przepraszajacym spojrzeniem mowila: "Now I will prepare for you watermelon and chineese tea". Niesamowite. Wszystkim podroznikom polecamy Aquarius Inn!
 
Drugiego dnia wynajelismy lodke i wspolnie z Bozena i Adamem, z ktorymi wczesniej testowalismy lokalne whiskey, wybralismy sie na rejs po Inle Lake. O widokach nie wspominam - zobaczycie na fotkach. To miejsce tez ma swoj klimat. Waskie lodki, na ktorych mezczyzni wiosluja w charakterystyczny dla tego regionu sposob (nogami), floating market, liczne "plywajace" warsztaty, w ktorych wyrabia sie bizuterie, tka jedwabne szale, etc. A na koniec "Jumping Cat Monastery", w ktorym na prawde mnisi wytresowali koty, by na komende skakaly przez obrecz :) 
 
Drugiego dnia wybralismy sie na trekking - pieciogodzinny spacer po okolicznych wioskach, w ktorych dawno temu zatrzymalo sie zycie.
 
Bylo wspaniale.
 
Nasza dwutygodniowa podroz po Birmie zakonczylismy w Yangon. Pomimo bardzo ciezkiej sytuacji politycznej ludzie pozostali soba - sa otwarci, przyjazni, pomocni. Czulismy sie bardzo bezpiecznie. Polecamy ten kraj wszystkim podroznikom. Dzieki obecnosci obcokrajowcow mieszkancy Birmy maja okazje dotknac innego zycia niz to, ktore znaja i wioda w odizolowanym od reszty swiata kraju.
 
Do zobaczenia Birmo!   

Piekny Bagan

Bagn robi ogromne wrazenie. Pomimo tego, ze dosc trudno sie tu dostac (co prawda droga z Mandalay to zaledwie 6 godzin, jednak z okolic Inle Lake to juz kilkunastogodzinny dramat w autobusie przystosowanym do przewozu wylacznie Azjatow, czyli osob wielkosci polowy standardowego Europejczyka), atmosfera tego miejsca wynagradza wszystko. Po raz pierwszy w historii naszej wyprawy mielismu na prawde dobre warunki noclegowe w stosunkowo rozsadnej cenie. W tym przypadku mozemy powiedziec, ze warto zaufac our pick z Lonely Planet :)
 
No coz... To bylo zupelnie inne doswiadczenie niz w posostalych czesciach Birmy. Z jednej strony oaza bialych ludzi: must see w podrozy po kraju; z drugiej - zapierajacy dech w piersiach dotyk oryginalu: blisko 3 tysiace swiatyn rozsianych na powierzchni kilkudziesieciu kilometrow kwadratowych. Do tego nieustanna obecnosc Natow - lokalnych duchow, ktore czesciej przeszkadzaja niz pomagaja, dlatego nalezy pamietac by od czasu do czasu zlozyc im drobne ofiary... Po dwoch dniach spedzonych pomiedzy stupami i pagodami mielismy poczucie, ze widzielismy juz wszystkie buddyjskie swiatynie swiata: najwieksza, najwyzsza, najmniejsza, hinduska (to chyba nie buddyjska...), etc. Dodatkowo niezwykle wrazenie robi zachod slonca: zarzace sie zlote zwenczenia stup, ludzie w ciszy przygladajacy sie zmiechchowi, przemykajace tu i tam male bryczki... Na prawde swietnym rozwiazaniem jest zwiedzanie Baganu na rowerze; jest czas na zajrzenie do warsztatu, w ktorym lokalersi wyrabiaja naczynia z laki, obejrzenie motywow buddyjskich malowanych na plotnach pokrytych piaskiem z pobliskiej Irrawaddy, potargowanie sie na straganach, gdzie sprzedaja antyki wyprodukowane w zeszlym tygodniu :) 
 
W drodze do Bagan spotkalismy (a jakze) dwojke Polakow z Warszawy, co (oczywiscie) wieczorem zostalo oficjalnie przypieczetowane dwiema butelkami Myanmar Whiskey na ich patio. Tutaj rowniez zjedlismy najlepszy jak dotad azjatycki posilek.Podczas kolacji spotkalismy nasza rodaczke, ktora z Londynu wyniosla sie na rok do Australii, a teraz, w drodze do domu (tylko jeszcze do konca nie wiadomo czy do Anglii czy do Polski) tula sie po poludniowo-wschodniej Azjii i Indochinach. Pozdrawiamy! 
 
Zostalismy tutaj zaledwie dwa dni, ale na prawde waro bylo tu przyjechac. Wkrotce wyruszamy do Inle Lake!

Bagan

Czesc i czolem,
Dzis tylko kilka fotek z Bagan, gdyz net jest tutaj chyba najslabszy w
calej Birmie (poczekajmy na Inle Lake), za to cala reszta jest po
prostu... no nie wiem jak to napisac ale wrazenie jest wbijajace w
ziemie.
Dzisiejsze fotki sa ze zbioru Radka, oprocz Bagan jest tam kilka z
podrozy, milego ogladania.

Acha, oczywiscie wszystko u nas w porzadku, nowego numeru telefonu
wciaz nie ma i byc moze juz nie bedzie, wiec zostaje tylko mail :)

Trzymajcie sie cieplo w mrozach

                   
Click here to download:
bagan-ECsJNHCjumy33xVPDtM6.zip (1219 KB)

Mandalay - szczegolowe info

Mandalay okazal sie o wiele ciekawszy niz pisano na blogach. To oczywiscie sporawe miasto z ruchem samochodowym i spalnkami zewszad, ale zarowno tutaj, jak i w okolicach mozna naprawde wiele zobaczyc. W samym miescie znajduje sie chociazby slynny posag Buddy Mahamuniego, ponoc najwierniejszej podobizny Oswieconego, przy czym sam mial nawet asystowac. To w Mandalay znajduja sie liczne stupy, ktore stanowia sklepienie dla komentarzy do Tripitaki, jednego z najwazniejszych tekstow buddyskich. Mowi sie, ze to najwieksza biblioteka na swiecie wyryta w kamieniach. Robilismy nawet maly konwerterek, zeby zliczyc liczbe dni potrzebnych do przeczytania calosci (idzie w setkach) i stron potrzebnych do napisania na papierze (idzie w dziesiatkach tomow, a kazdy mialby po kilkase stron).

W poniedzialek mielismy super trip za miasto, gdzie widzielismy slynny, najdluzszy most tekowy na swiecie oraz do Mingun, gdzie znajduja sie pozostalosci po nie ukonczonej pagodzie jednego z birmanskich krolow. Mowi sie, ze to najwiekszta sterta gruzu na swiecie! Do dzisiaj, jezeli urzyje sie wyobrazi, to widac, jak mogla byc wspaniala. Wokolo rozposciera sie wstega rzeczna z malymi wysepkami, a wjazu do pagody pilnowac mialy dwa lwy, ktorych pozostalosciprzypominaja raczej jakies pokraczne slonie. Dzieki wycieczce zobaczylismy tez birmanskie wioski, ktore wygladaja jak dziesiatki lat temu. Mezczyzni ciagna wolu z drewianym oprzyrzadowanie, ludzie zyja w drewnianych chatkach. Generalnie cale zycie w Birmie toczy sie na ulicach. Tu sie handluje, bawi, je, myje, mozna pojsc do fryzjera. Sklepow tzw. zachodnich (z ubiorem, jedzeniem itp.) ciagle tu jeszcze malo. Ale wlasnie dlatego ogladamy Azje malo skazona. Komercji ciagle malo. Tylko w najbardziej hajtpowowych miejscach napadaly nas grupki handlarzy, ktorzy chwalili sie, ze oferuja wlasne wachlarze, czy malunki. Ale potem widzielismy je tez w innych miejscach. Niestety, oprocz kukielek, Birme opanowaly gifty z Chin, a kazda wioska w znanych miejscach turystycznych, jest niemal zaprzegana do handlu.

Co ciekawe bardzo malo jest zebractwa, o wiele mniej niz w Indiach, to doslownie pojedyncze przypadki. Kazdy stara sie byc za to uzyteczny. Zamiast prosic o jalmuzne, wchodzac do swiatyni podczepia sie pod nas kto i zaczyna opowiadac o danym miejscu. Oczywiscie cel tego jest oczywisty. Donation. Na studia, na rodzine, na leki. To nie zebracza jalmuzna! Co ciekawe, jak Birmanczyk juz dostanie donacje, to zazwyczaj nie jest zadowolony. Niektorzy prosza o wiecej, ale wiekszosc, zwlaszcza mnichow, przyjmuje donacje ze stoickim spokojem. Skoro wiec daje sie pieniadze, to dlatego, ze chce sie pomoc i zrobic to z dobrego serca, a nie dlatego, zeby liczyc na wdziecznosc.

To co uderza u Birmanczykow to pogoda ducha. Chociaz zyja w rezimowym kraju, to niemal wszyscy sie usmiechaja, so pomocni, staraja sie podejsc, porozmawiac, pozdrowic. Az strach pomyslec co bedzie, jak przyjdzie tu komercja. Z drugiej strony, koszt jaki ci ludzie placa za swoje odizolowanie od cywilizacji jest straszliwy. Dominuja ludzie biedni, klasy sredniej ciagle jeszcze jest bardzo malo. Bogatych kamienic, biurowcow niemal nie ma w ogole. Prawdziwy kontrast wyznacza bieda na ulicach i bogactwo swiatyn. Az dziw bierze, ze kultura, ktora wygenerowala takie cuda, wydala z siebie tak zbrodniczy rezim.

Nasz numer przestaje obowiazywac. Na nowy musicie poczekac.

Pozdrawiamy.

Pocztowka z Mandalay

Pocztowka, bo tekstu bedzie niewiele.
Transport nocnikiem (czyli autobusem nocnym) z Yangon do Mandalay byl naprawde ok, 600 km w 12 godzin to calkiem niezle. Czulismy sie prawie jak z Wami bo wiecznie wlaczona klima w autobusie dala nam mocno popalic :).
Rangun pozegnalismy troche z bolem, bo jednak cos niesamowitego tutaj jest, ale za tydzien z okladem jeszcze na chwile wracamy.
Nastapily pewne zmiany w naszym planie podrozy - jestemy w Manadalay, w srode ruszamy do Bagan a 30.01 do Inle Lake, 3.02 powinnismy byc w Yangon.
Fotek nizej doslownie garstka, ale net jest strasznie wolny a poza tym nie nalezy do najtanszych, za dzis juz 4000 kiatow :)

Pozdrawiamy serdecznie i idziemy szukac sklepu z chlebem bo zostalo nam jeszcze troche pasztetu i paprykarza szczecisnkiego  ;)

Acha, dzis na trasie pierwsi spotkani rodacy, jak na razie dwie sympatyczne kolezanki z Gdanska i Warszawy. Pozdrawiamy :)

           
Click here to download:
Pocztowka_z_Mandalay.zip (1591 KB)

kartka z yangon

ogladac na maksymalnym powiekszeniu. mozna do nas dzwonic na
+95943350603, ale jak sie wyczerpie (pewnie jutro) to bedziemy mieli
nowy numer. damy znac jaki.
serdecznie pozdrawiamy