Bagan

Czesc i czolem,
Dzis tylko kilka fotek z Bagan, gdyz net jest tutaj chyba najslabszy w
calej Birmie (poczekajmy na Inle Lake), za to cala reszta jest po
prostu... no nie wiem jak to napisac ale wrazenie jest wbijajace w
ziemie.
Dzisiejsze fotki sa ze zbioru Radka, oprocz Bagan jest tam kilka z
podrozy, milego ogladania.

Acha, oczywiscie wszystko u nas w porzadku, nowego numeru telefonu
wciaz nie ma i byc moze juz nie bedzie, wiec zostaje tylko mail :)

Trzymajcie sie cieplo w mrozach

(download)

Mandalay - szczegolowe info

Mandalay okazal sie o wiele ciekawszy niz pisano na blogach. To oczywiscie sporawe miasto z ruchem samochodowym i spalnkami zewszad, ale zarowno tutaj, jak i w okolicach mozna naprawde wiele zobaczyc. W samym miescie znajduje sie chociazby slynny posag Buddy Mahamuniego, ponoc najwierniejszej podobizny Oswieconego, przy czym sam mial nawet asystowac. To w Mandalay znajduja sie liczne stupy, ktore stanowia sklepienie dla komentarzy do Tripitaki, jednego z najwazniejszych tekstow buddyskich. Mowi sie, ze to najwieksza biblioteka na swiecie wyryta w kamieniach. Robilismy nawet maly konwerterek, zeby zliczyc liczbe dni potrzebnych do przeczytania calosci (idzie w setkach) i stron potrzebnych do napisania na papierze (idzie w dziesiatkach tomow, a kazdy mialby po kilkase stron).

W poniedzialek mielismy super trip za miasto, gdzie widzielismy slynny, najdluzszy most tekowy na swiecie oraz do Mingun, gdzie znajduja sie pozostalosci po nie ukonczonej pagodzie jednego z birmanskich krolow. Mowi sie, ze to najwiekszta sterta gruzu na swiecie! Do dzisiaj, jezeli urzyje sie wyobrazi, to widac, jak mogla byc wspaniala. Wokolo rozposciera sie wstega rzeczna z malymi wysepkami, a wjazu do pagody pilnowac mialy dwa lwy, ktorych pozostalosciprzypominaja raczej jakies pokraczne slonie. Dzieki wycieczce zobaczylismy tez birmanskie wioski, ktore wygladaja jak dziesiatki lat temu. Mezczyzni ciagna wolu z drewianym oprzyrzadowanie, ludzie zyja w drewnianych chatkach. Generalnie cale zycie w Birmie toczy sie na ulicach. Tu sie handluje, bawi, je, myje, mozna pojsc do fryzjera. Sklepow tzw. zachodnich (z ubiorem, jedzeniem itp.) ciagle tu jeszcze malo. Ale wlasnie dlatego ogladamy Azje malo skazona. Komercji ciagle malo. Tylko w najbardziej hajtpowowych miejscach napadaly nas grupki handlarzy, ktorzy chwalili sie, ze oferuja wlasne wachlarze, czy malunki. Ale potem widzielismy je tez w innych miejscach. Niestety, oprocz kukielek, Birme opanowaly gifty z Chin, a kazda wioska w znanych miejscach turystycznych, jest niemal zaprzegana do handlu.

Co ciekawe bardzo malo jest zebractwa, o wiele mniej niz w Indiach, to doslownie pojedyncze przypadki. Kazdy stara sie byc za to uzyteczny. Zamiast prosic o jalmuzne, wchodzac do swiatyni podczepia sie pod nas kto i zaczyna opowiadac o danym miejscu. Oczywiscie cel tego jest oczywisty. Donation. Na studia, na rodzine, na leki. To nie zebracza jalmuzna! Co ciekawe, jak Birmanczyk juz dostanie donacje, to zazwyczaj nie jest zadowolony. Niektorzy prosza o wiecej, ale wiekszosc, zwlaszcza mnichow, przyjmuje donacje ze stoickim spokojem. Skoro wiec daje sie pieniadze, to dlatego, ze chce sie pomoc i zrobic to z dobrego serca, a nie dlatego, zeby liczyc na wdziecznosc.

To co uderza u Birmanczykow to pogoda ducha. Chociaz zyja w rezimowym kraju, to niemal wszyscy sie usmiechaja, so pomocni, staraja sie podejsc, porozmawiac, pozdrowic. Az strach pomyslec co bedzie, jak przyjdzie tu komercja. Z drugiej strony, koszt jaki ci ludzie placa za swoje odizolowanie od cywilizacji jest straszliwy. Dominuja ludzie biedni, klasy sredniej ciagle jeszcze jest bardzo malo. Bogatych kamienic, biurowcow niemal nie ma w ogole. Prawdziwy kontrast wyznacza bieda na ulicach i bogactwo swiatyn. Az dziw bierze, ze kultura, ktora wygenerowala takie cuda, wydala z siebie tak zbrodniczy rezim.

Nasz numer przestaje obowiazywac. Na nowy musicie poczekac.

Pozdrawiamy.

Pocztowka z Mandalay

Pocztowka, bo tekstu bedzie niewiele.
Transport nocnikiem (czyli autobusem nocnym) z Yangon do Mandalay byl naprawde ok, 600 km w 12 godzin to calkiem niezle. Czulismy sie prawie jak z Wami bo wiecznie wlaczona klima w autobusie dala nam mocno popalic :).
Rangun pozegnalismy troche z bolem, bo jednak cos niesamowitego tutaj jest, ale za tydzien z okladem jeszcze na chwile wracamy.
Nastapily pewne zmiany w naszym planie podrozy - jestemy w Manadalay, w srode ruszamy do Bagan a 30.01 do Inle Lake, 3.02 powinnismy byc w Yangon.
Fotek nizej doslownie garstka, ale net jest strasznie wolny a poza tym nie nalezy do najtanszych, za dzis juz 4000 kiatow :)

Pozdrawiamy serdecznie i idziemy szukac sklepu z chlebem bo zostalo nam jeszcze troche pasztetu i paprykarza szczecisnkiego  ;)

Acha, dzis na trasie pierwsi spotkani rodacy, jak na razie dwie sympatyczne kolezanki z Gdanska i Warszawy. Pozdrawiamy :)

(download)

Megawaty i megastupy

Swiatynia po tajlandzku to Wat. A to oznacza, ze doladowalismy sie dzisiaj na 100 megawat, bo zobaczyliym ich naprawde sporo. Bangkok to takze raj dla stup. Niestety jednak nie naszych. Nasze sa juz strasznie przechodzone. Za to, dzieki temu, widzielismy sporo buddyjskich miejsc kultu, zwanych wlasnie stupami. A w nich wszystkie mozliwe pozycje Buddy. Z jedna reka podniesiona i z dwoma, kleczacym i siedzacym, a nawet lezacym, w slynnej swiatyni Wat Po. Ostatecznie tez upewnilismy sie, ze Tajlandia jest naprawde w miare czysta. Przynajmnie w porownaniu z Indiami. Jedyny szczurek, ktorego do tej pory widzielismy przemierzal ulicami... Monachium.
 
Jak przystalo na ludzi nauki odwiedzilismy tez miejscowy uniwerek. Niby publiczny, ale jeden z kursow marketingu za dwa kosztowal 30 tysi na polskie, rocznie. Ale za to, jak sie reklamowal, ksztalci kadry zarzadzajace swiatowym biznesem. Byc moze to buddyjskie usposobienie Tajow, a byc moze wlasnie kaska sprawila, ze nie tylko panowal tu ogromny porzadek, ale i wszyscy byli bardzo mili. Panie z dziekanatow na polskich uczelniach mogly by sie uczyc. Oczywiscie o naszych paniach nie mowimy, bo sa bardzo mile :-) Na uniwersku tez zjedlismy smaczne jedzonko w mocno lokalerskich warunkach. Na stolowce zadnej bialej twarzy, w menu same krzaczki, ale postanowilismy nawiazac miedzyuczelniane kontakty partnerskie i wywiedzielismy sie rychlo, co bedziemy jedli.
 
Po wszystkim przywiodlo nas do swiatyni plodnosci (bo reke zawsze trzeba miec na pulsie), obok ktorej jest punkt, ktory wyznacza ponoc srodek miasta, wedle ktorego miezone sa wszelkie odleglosci w Bangkoku. Wracalismy sporym placem, na ktorym ludzie namietnie oddawali sie grupowemu pgladaniu telewizji za posrednictwem telebimow.
 
Koniec dnia, to sympatyczny posilek w restauracji przy naszym pesjonacie, gdzie obslugiwala nas, wylacznie obiadowo, mila Tajka. Pod jej przyjemna namowa napilismy sie gorszego piwa, ale pani za to uklekla i uklonila nam sie w pas z typowo buddyjskim zlozeniem dloni. Nasze polskie kelnerki mogly by sie tylk uczyc. Dzisia byly tylko trzy browarki, bo musimy super wczesnie wstac(okolo 4), bo wyruszamy do wyczekiwanej dlugo BIRMY.
 
Od tej pory kontakt pewnie nie bedzie juz tak czesty, bo junta w Birmie czuwa!!!

(download)

8300 km od domu

Bangkok, 2.25 w nocy. To miasto azja w wersji light, koloryt jak najbardziej, ale globtroterzy tutaj nie poszaleja. Za to sympatyczny wieczor z dobrym jedzonkiem i piwkiem (nie tak dobrym, bo przypominajcym naszego zywca) jest jak najbardziej do przyjecia. Ale po kolei.
Podroz byla naprawde meczaca. Monachium poznalismy dosyc dokladnie, piwarnia ze wspomnieniami o Adolfie byla wyjatkowo sympatyczna, choc Kamil nie mogl sie nadziwic dlaczego nie pielegnuja tam tej pieknej historii. Byc moze slynny gest zamawiania pieciu piw narodzil sie wlasnie tam? Tak czy siak, Hofbrau Dunkel polecamy goraco. 
Nasze techniczne ubranie (ortalion za 5 zeta z dekatlonu + polar) majace chronic nas przed ekstremalnym temperaturami zdalo egzamin, chyba bedziemy to patentowac. 

Qatar Airways jak najbardziej zasluguje na te swoje 5 gwiazdek. Gdy po wejsciu na poklad lotu do Doha zorientowalismy sie ze na ekraniku LCD znajdujacym sie przed kazdym z nas mozemy obejrzec tak na oko z 200 filmow, to zalowalismy ze lot trwa tak krotko. Na szczescie po godzinie wszyscy usneli i problem sie rozwiazal. Nie obejrzelismy niczego.
Doha przywitalo nas juz bardziej sympatycznymi temperaturami i ekskluziwem wokolo. 

Bangkok - jak zwykle okazalo sie ze noclegi leza dookola. Sympatyczna trojeczka bez karaluchow za to z lazienka (cisnienie jak za gierka) kosztuje nas jedynie 700 batow (jakies 20 zeta na glowe) na dobe. Jak na razie program zwiedzania ograniczyl sie do Kao San i okolic, ale nikt nie narzeka. Bangkok w pelni potwierdza swoja reputacje na ktora pracowal latami - dookola pelno podstarzalych sponsorow z zadziwiajaco mlodymi tajkami. Jedna nawet zawiesila na nas oko, ale chyba jednak nie jestesmy odpowiednim targetem. Jak na razie.

Co do fotek ktory sa ponizej to jednak glownie Monachium plus nasz przestronny apartament w BKK na koncu. Nie ma pelnej zgody czy Geschentzelte Schweinieren ktore spozylismy u Adolfa to byla watrobka czy zoladki. W kazdym razie bylo niezle, choc zapach przywodzil na mysl pociag osobowy relacji Opole-Gliwice.

Udajemy sie na zasluzony odpoczynek i pozdrawiamy wszystkich cieplo (u nas jakies 27 a w Opolu?)

PS. Za bledy sorry ale klawiatura z krzaczkami a net po 10 batow za moment

(download)